
Dla jednych nielojalny awanturnik, czy wręcz ludobójca, dla innych błyskotliwy zdobywca, a nawet ewangelizator. Tak dalece zróżnicowane opinie świadczą dobitnie o nietuzinkowości Hernana Cortesa, postaci, która pomimo niemal pięciu wieków od swego zgonu, nie przestaje wzbudzać emocji - nawet u osób jedynie pobieżnie zaznajomionych z jego barwnymi perypetiami.
„Obyś żył w ciekawych czasach” jak mówi nam aż nazbyt eksploatowane chińskie przysłowie. Rzeczony niewątpliwie miał ku temu okazje; wszak na moment jego młodości przypadała pierwsza z wypraw Kolumba (1492-1493 r.) inicjująca proces eksploracji Ameryki przez Hiszpanów. W ciągu kolejnych dziesięcioleci rozległe obszary Nowego Świata stały się areną licznych, częstokroć drastycznych wydarzeń, walnie przyczyniając się do zaistnienia koloni iberyjskich monarchów. Tak znaczne nabytki terytorialne zawdzięczali oni przede wszystkim energicznym jednostkom, które pomimo ryzyka swego procederu decydowały się na konfrontacje z rodzimymi mieszkańcami kontynentu w nadziei uzyskania bogactw i zaszczytów. Wśród wspomnianych konkwistadorów szczególne miejsce zajmuje właśnie Hernan Cortes.
Jak wielu podobnych mu awanturników rzeczony wywodził się z Estremadury (konkretnie z Medellin) najbardziej kłopotliwej prowincji kastylijskiej monarchii. Ów obszar graniczył od zachodu z Portugalią; na południowym wschodzie zaś rozciągały się terytoria muzułmańskiego emiratu Granady. Tamtejsi władcy z dynastii Nasrydów uznali co prawda zwierzchność Kastylii, a okazjonalnie nawet wspierali chrześcijańskich władców (m.in. przy likwidacji tajfatu Sewilli). I choć czasy marokańskich potęgi Almorawidów i Almohadów - zaciekłych nieprzyjaciół iberyjskich chrześcijan - minęły bezpowrotnie, ta okoliczność nie oznaczała bagatelizowania ewentualnego zagrożenia ze strony wyznawców islamu. Naturalnie taki stan rzeczy nie wpływał korzystnie na stabilizacje regionu.
Na przełomie XIV i XV stulecia o dziwo to Portugalczycy jawili się Kastylijczykom jako główni oponenci. Zaciekle broniący swej niezależności pod sztandarami dynastii Avis odparli (Aljubarotta - 1385 r.) najazd kastylijskich „braci w wierze”. Rozejm zawarto przeszło ćwierć wieku później (1411 r.), toteż stan „wrzenia” na granicach sprzyjał wytworzeniu swoistej grupy estremadurskich hidalgos, których do bitki i łupienia bogatszych obszarów nie trzeba było dwa razy zachęcać. Jak często bywa w takich przypadkach ich niekwestionowanym zdolnościom na polu walki towarzyszył brak dyscypliny, co dotyczyło nie tylko uboższej (i rzecz jasna przeważającej) ich części, ale też i możnych dla których monarsza władza stanowiła co najwyżej nominalną iluzję. Ta sytuacja trwała aż do czasów panowania Izabeli zwanej Katolicką (1474-1504), która postawiła sobie za cel ukrócenie krnąbrnych poddanych. Przy wsparciu mieszczaństwa oraz swego małżonka, Ferdynanda Aragońskiego (1479-1516), ambitnej królowej udało się, zresztą nie bez wysiłku, okiełznać samowolę feudałów. Wzmocnieniu monarszej władzy oraz pozbyciu się kłopotliwych hidalgos miała służyć m.in. wojna z Granadą (1482-1492), a także ekspansja kolonialna zainicjowana pierwszym rejsem Krzysztofa Kolumba (1492-1493).
Cortes - urodzony w roku 1482 lub 1485 - z pewnością nie był pozbawiony perspektyw także i w ojczystej Kastylii, bo już sam fakt, że za sprawą swego ojca, Martina szczycił się pochodzeniem od rodziny Monroy sytuował go na uprzywilejowanej pozycji. Także od strony matki, Cataliny, był on spokrewniony z kolejnym możnym rodem - Altamirano. Nie dość na tym miał za sobą dwuletnie studia prawnicze w Salamance, co wówczas było nie lada rzadkością. I chociaż nie udało mu się zdobyć tytułu bakałarza, to jednak nabył w ich trakcie umiejętność posługiwania się łaciną, zarówno w mowie jak i piśmie. Nawet sławetny obrońca Indian, a zarazem ideologiczny przeciwnik Cortesa, Bartolome de Las Casas zachwalał jego znajomość wspomnianego języka. Przyszły zdobywca Meksyku pobieżnie orientował się również w zawiłościach ówczesnego prawa, czemu dał przejaw m.in. w trakcie pamiętnej wyprawy z roku 1519. Nie dość na tym na podstawie jego późniejszych listów do króla Karola I (czy jak kto woli cesarza Karola V) można śmiało stwierdzić, że przejawiał on wyraźnie dostrzegalne zacięcie literackie. Widać to wyraźnie na tle korespondencji innych konkwistadorów oraz przedstawicieli wczesnokolonialnej administracji. „Cartas de Relacion” (w sumie cztery listy) zarówno w swej formie, jak i treści, dalece przerastają analogiczne „raporty” rodem z Nowego Świata.
W roku 1501 przed młodym Cortesem zarysowały się dwie drogi przyszłej kariery. Pierwsza z nich wiodła do południowej Italii, gdzie Aragończycy pod wodzą „El Gran Capitan” - Gonzalo Fernádeza de Cordoba, skutecznie powstrzymywali irytująco upartych Francuzów. Z drugiej strony nęciła go także organizowana przez Nicolasa de Ovando (jego dalekiego krewniaka) wyprawa do nie tak dawno odkrytych „Indii” Zachodnich. Nie tracąc czasu Cortes przybył do Sewilli, gdzie właśnie nabierały rozmachu przygotowania do zamierzonego rejsu. Nie dane mu było jednak towarzyszyć kuzynowi, bowiem przyszły zdobywca Meksyku, człek zaiste rezolutny, uległ dotkliwym obrażeniom w trakcie próby przedostania się do okna jednej z miejscowych dam (takie „eskapady” odbywał ponoć nadzwyczaj często). Przy okazji nabawił się także szczególnej odmiany malarii, co tymczasowo przekreśliło jego plany. W przeciągu kolejnych kilku lat przewędrował Andaluzje, której to peregrynacji towarzyszyły liczne awantury. Być może już wówczas dała o sobie znać jego chorobliwa wręcz skłonność do hazardu. Przez pewien czas przebywał także w Valladolid, jednym z najważniejszych ośrodków ówczesnej Kastylii, gdzie zapewne „odświeżył” prawnicze umiejętności dorabiając sobie na posadzie pomocnika notariusza.
Prawdopodobnie w roku 1504 (lub 1506) pełen wiary w rychłe wzbogacenie wyruszył nareszcie za Atlantyk. Prędko stało się jasne, że jego nad wyraz optymistyczne wyobrażenia nie do końca pokrywały się z twardymi realiami życia na Hispanioli - jedynej wówczas wyspie w Nowym Świecie podlegającej hiszpańskiej kolonizacji. Niemniej jednak jako człowiek komunikatywny, bezpośredni w kontaktach, a przy tym odznaczający się rzadko spotykanymi umiejętnościami (znajomość łaciny i prawa) stosunkowo szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Wspominany wcześniej Ovando zdał sobie sprawę ze zdolności i inteligencji Cortesa, toteż przydzielił mu funkcję notariusza w osadzie Azua de Compostela. Niestety niewiele wiadomo na temat tego okresu życia przyszłego konkwistadora.
Nadpobudliwa natura bohatera tegoż tekstu rychło ponownie dała o sobie znać, tym bardziej, że żywot kolonialnego urzędnika z pewnością nie był dlań satysfakcjonujący. Stąd niejaki Diego Velazquez, rubaszny i powszechnie lubiany plantator z Santo Domingo nie miał większych problemów z namówieniem Cortesa do śmiałej inicjatywy opanowywania Kuby - największej wyspy Morza Karaibskiego (1511 r.). Jak czas pokazał podporządkowanie tamtejszych Indian nie nastręczyło Hiszpanom zbytnich problemów, toteż niebawem przystąpiono do organizowania infrastruktury dla napływających kolonistów. Pełniącemu wówczas rolę osobistego sekretarza Velazqueza Cortesowi, przypisywano założenie pierwszego szpitala i odlewni na wyspie. Został on przy tym mianowany urzędnikiem w świeżo założonej miejscowości Asuncion de Baracoa, a następnie w Santiago de Cuba. Nie narzekał też na brak dochodów, bowiem przyznane mu (rzecz jasna wraz z indiańskimi niewolnikami) tereny uprawne przynosiły więcej niż przyzwoite zyski. Tym samym niegdysiejszy „lovelas” i hulaka z wiecznie pustą sakiewką zyskał status szanowanego przedstawiciela miejscowej administracji kolonialnej do czego przyczyniła się zażyła i prawdopodobnie szczera (przynajmniej na tym etapie ich znajomości) przyjaźń z Velazquezem uznanym przez Koronę za gubernatora wyspy. Chciałoby się rzec: „mała stabilizacja”. Jak czas pokazał nic z tych rzeczy.
W ciągu kilku kolejnych lat na podlegających hiszpańskiej kolonizacji wyspach dał się zauważyć wyraźny spadek wydajności ekonomicznej. Ów problematyczny stan rzeczy wynikł z braku efektywności gospodarki typu enconmiedas opartej na niewolniczej pracy Indian. W skutek uciążliwego wysiłku na plantacjach i w kopalniach ich populacja zmniejszała się w zastraszającym tempie. Znaczącą rolę w tym procesie odegrały również liczne europejskie epidemie nie znane dotąd na kontynencie amerykańskim (m.in. ospa i odra). Z kolei import afrykańskich niewolników jedynie w niewielkim stopniu zaspokajał potrzeby hiszpańskich posesjonatów. Zdając sobie z tego sprawę Velazquez usilnie poszukiwał nowych źródeł pozyskiwania darmowej siły roboczej. I to właśnie z tej przyczyny zdecydował się on sprawdzić krążące wśród Indian pogłoski dotyczące rozległych wysp znajdujących się ponoć nie dalej niż tydzień żeglugi na zachód od Kuby. Okazję ku temu dostarczyła mu inicjatywa jego przyjaciela, Francisco Hernandesa de Cordoby, który wraz z kilkoma wspólnikami planował taki rejs.
W lutym 1517 r. niewielka flota de Cordoby (trzy okręty) opuściła port w Hawanie. Po obfitującej w liczne niebezpieczeństwa żegludze on i jego podkomendni dotarli do północno wschodnich wybrzeży nieznanego dotąd półwyspu Jukatan. Nowy ląd, uznany błędnie za wyspę, zamieszkiwały wówczas plemiona z grupy językowej Maya, znane z wytworzenia najbardziej wyrafinowanej cywilizacji na obszarze prekolumbijskiej Ameryki. Pod wpływem licznych czynników (m.in. klimatycznych oraz zawirowań społecznych) kultura tych Indian chyliła się wówczas ku upadkowi. Podzieleni na kilkanaście terytorialnych władztw wciąż jeszcze zamieszkiwali część dawnych ośrodków miejskich, stopniowo pochłanianych przez ekspansywną dżunglę. Mimo to europejscy przybysze nie kryli zaskoczenia i podziwu wobec budowli Majów, ich odzieży i wytworów rzemiosła jakich dotąd w Nowym Świecie jeszcze nie widziano. Szczególnym zainteresowaniem Hiszpanów cieszyło się oczywiście złoto (jakże by inaczej !), którego miejscowi Indianie nie mieli jednak zbyt wiele. Przy okazji natknięto się na ślady ludzkich ofiar składanych ku czci miejscowych bóstw, co wzbudziło zrozumiałą konsternacje de Cordoby i jego załogi.
Majowie nie wykazali zbytniego entuzjazmu z pojawienia się obcych przybyszy. Stąd prędko doszło do pierwszych starć z których Hiszpanie wyszli obronną ręką jedynie dzięki przewadze technologicznej jaką zapewniała im broń palna. Nie uchroniło ich to jednak przez znacznymi stratami, bowiem Indianie położyli trupem przeszło połowę uczestników wyprawy. Wielu - w tym także i sam dowódca - odniosło dotkliwe rany. Nic zatem dziwnego, że niezwłocznie zdecydowano się powrócić na Kubę. Ów pozornie nieudany rekonesans miał jednak niebagatelne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków. Velazquez upewnił się, co do pogłosek o ludnych lądach na zachód od podlegającej mu wyspy. Tym samym zyskał perspektywę nowego źródła pozyskiwania niewolników, a być może nawet złota. Dlatego też wkrótce rozpoczęto przygotowania do kolejnej wyprawy. Na jej dowódcę wyznaczono krewnego gubernatora, Juana de Grijalve.
Rejs rozpoczął się w kwietniu 1518 r. Wypełniając polecenia przełożonego Grijalva dotarł znacznie dalej niż jego poprzednik. Po opłynięciu wschodnich brzegów Jukatanu (przy okazji ponownie doszło do licznych starć z agresywnymi tubylcami) Hiszpanie znaleźli się u wybrzeży Zatoki Meksykańskiej. Ku swemu zaskoczeniu napotkali tam przyjaźnie usposobionych Indian, którzy oznajmili iż pochodzą z usytuowanego w głębi lądu kraju „Culua”. Dowódca wyprawy nie mógł zdawać sobie sprawy, że właśnie nawiązał pierwszy kontakt z przedstawicielami dominującego wówczas w Mezoameryce indiańskiego władztwa. Posłowie ci byli bowiem Mexikami, czy też jak zwykło się ich błędnie określać - Aztekami.
Lud ten wywodzący się z grup koczowników grupy językowej Nahua zjawił się w Dolinie Meksyku stosunkowo późno, bo u schyłku XIII w. Pod wpływem wcześniejszych kultur tego regionu, przede wszystkim legendarnych Tolteków, w zaskakująco szybkim tempie zaadaptowali osiągnięcia cywilizacyjne Anahuacu (czyli „Między Wodami”, bo tak Indianie zwykli określać obszar zamieszkiwanej przez nich Mezoameryki). U schyłku lat dwudziestych XV wieku, z niemałym trudem zwyciężyli Tepaneków z Azcapotzalco, dotychczasowych hegemonów regionu.. Tym samym to Mexikowie sięgnęli po zwierzchnią władzę nad całą Doliną, a ich stolica, Mexico-Tenochtitlan stała się militarnym i gospodarczym centrum Mezoameryki. Swój sukces zawdzięczali nie tylko bitnej i świetnie zorganizowanej armii, ale też wsparciu ze strony innych miast, zwłaszcza Texcoco. W ciągu około dziewięćdziesięciu lat przed przybyciem Hiszpanów władcy Tenochtitlanu wraz ze swymi sojusznikami zmusili do uległości niemal wszystkie plemiona zamieszkujące Płaskowyż Meksykański oraz inne liczne tereny, sięgając wpływami po współczesną Gwatemale i północny Meksyk. Zwierzchnictwu huey tlatoaniego (czyli „Wielkiego Mówcy” – jak określali Mexikowie swego władcę) podlegało prawdopodobnie około dziewięć milionów Indian. Sama stolica liczyła przeszło trzysta tysięcy mieszkańców co czyniło ją drugą metropolią ówczesnego świata (po Pekinie). Dla porównania warto nadmienić, że populacja szesnastowiecznego Krakowa wynosiła około dwudziestu-dwudziestu pięciu tysięcy głów ...
Obok czysto materialnych korzyści (daniny wymuszane na podbitych plemionach) ekspansje Mexików interpretowano również w kontekście ich religii. Bowiem zasięg wpływów rozszerzali oni w imię swego plemiennego boga, Huitzilopochtli. Ku jego czci składano setki jeńców pozyskiwanych w licznych starciach, często specjalnie ku temu zainicjowanych (tzw. „kwietne wojny”). Według mexickich kapłanów ludzka krew była niezbędna dla dalszego funkcjonowania Kosmosu; zaniechanie składania ofiar spowodowałoby niechybny kres współczesnej im rzeczywistości. Stąd właśnie wynikało przekonanie Mexików o ich wyjątkowej, dziejowej misji.
Z relacji dotyczących podboju Meksyku wynika, że ówczesny władca Tenochtitlanu - Motecuhzoma (Montezuma) II Xocoyotzin na wieść o pojawieniu się nieznanych przybyszy popadł w głęboką depresję. Miało to ponoć wynikać z licznych nadnaturalnych znaków oraz przepowiedni utożsamiających Hiszpanów z wysłannikami innego indiańskiego boga, Quetzalcoatla. Według jednej z licznych wersji mitu wspomniane bóstwo przepędzono niegdyś z Doliny Meksyku ze względu na jego niechęć do ludzkich ofiar. Ten zaś miał ponoć przepowiedzieć swój powrót ze wschodu i ponowne objęcie władzy. Ponadto na niektórych wizerunkach był on ukazywany jako brodaty, biały mężczyzna, znacznie odbiegający typem fizykalnym od mezoamerykańskich standardów Te właśnie przypadkowe okoliczności miały skłonić Motecuhzome do utożsamienia przybyszy z Quetzalcoatlem, tym bardziej, że nieprzychylni mu przedstawiciele arystokracji plemiennej usiłowali podtrzymywać go w tym przekonaniu. To zaś miało wskazywać na rychły kres jego imperium. Czy tak było w rzeczywistości ? To pytanie wciąż pozostaje zagadką dla badaczy tego zagadnienia.
Nie zdając sobie sprawy z zamieszania jakie wywołało jego przybycie, Grijalva przyjął ofiarowywane dary, po czym wyruszył w drogę powrotną na Kubę. Jeszcze przed jego powrotem Velazquez rozpoczął przygotowywania do kolejnej, znacznie liczniejszej wyprawy. Nie chcąc angażować się osobiście, wyznaczył on nowego dowódcę. Tym razem jego wybór padł na Hernana Cortesa, postrzeganego przez gubernatora Kuby jako osobę godną całkowitego zaufania. Już wkrótce Velazquez miał się przekonać jak bardzo błędny był jego osąd.
Cortes porzucił swe dotychczasowe obowiązki bez reszty angażując się w zaoferowane mu przedsięwzięcie. Próbki meksykańskiego złota (którego zresztą nikt się nie spodziewał) odpowiednio podziałały na wyobraźnię kolonistów. Prędko ujawniło się wielu zazdrosnych o funkcję Cortesa. Łatwo ulegający intryganckim podszeptom gubernator doszedł do wniosku, że sprytny Cortes rzeczywiście może mu zaszkodzić, dlatego też odwołał go z funkcji dowódcy. Ten jednak okazał się szybszy, bowiem zamierzający osobiście oznajmić swą decyzję Velazquez zastał w Santiago opustoszały port. Oznaczało to jawną niesubordynacje ze strony Cortesa.
Świadomy podjętego ryzyka nie zamierzał rezygnować ze swej szansy. Za sprawą relacji Grijalvy Hiszpanie zdawali już sobie sprawę z istnienia w głębi lądu bogatego i ludnego władztwa Indian, a perspektywa opanowania tego obszaru zaiste kusiła. Środki którymi Cortes dysponował były jak na możliwości kubańskiej koloni imponujące. Na trzynastu okrętach znajdowało się około 550 żołnierzy (nie licząc marynarzy), w tym prawie dwudziestu jeźdźców i trzynastu arkebuzerów. Po doświadczeniach poprzednich wypraw szczególną uwagę poświęcono wyposażeniu w broń palną, tak skuteczną w starciach z Majami Stąd podkomendni przyszłego zdobywcy mogli liczyć na czternaście dział różnego typu.
Podążając szlakiem Grijalvy dotarł on 12 kwietnia 1519 r. w okolice rzeki Tabasco. Niespodziewany atak miejscowych Indian zaskoczył Hiszpanów, tym bardziej, że wcześniejsze zachowanie tubylców nie wskazywało na taki obrót sytuacji. Podobnie jak przy okazji wcześniejszych wypraw i tym razem wynik starcia przesądziła broń palna, interpretowana przez tubylców jako „niebiańskie gromy”. W kolejnych potyczkach niebagatelną rolę odegrali również jeźdźcy. Mezoamerykańscy Indianie nie znali zarówno koni, jak też i wszelkich większych zwierząt. Stąd postrzegali wierzchowce jako nadprzyrodzone istoty tworzące całość wraz z dosiadającymi je Hiszpanami. Cortes dość szybko zdał sobie z tego sprawę i przez okres całego podboju umiejętnie wykorzystywał ów zabobonny lęk.
Wkrótce po ujarzmieniu Tabasców Hiszpanie nawiązali kontakt z posłami Motecuh- zomy. Umożliwiła to dwójka tłumaczy znajdująca się w obozie Cortesa: Geronimo de Aguilar - hiszpański rozbitek, który spędził osiem lat pośród Majów oraz Indianka Malintzin (nazwana też doñą Mariną). Obawiając się przybyszy Mexikowie usilnie namawiali ich do opuszczenia meksykańskich wybrzeży. Niefortunnie dla Indian bogate dary jedynie zwiększyły determinacje Cortesa, który i tak nie miał możliwości powrotu, gdyż na Kubie czekał nań stryczek. Stąd też uparcie powtarzał on posłom, że nie może odpłynąć dopóki osobiście nie spotka się z Motecuhzomą. Rzecz jasna przedstawiał się jako oficjalny wysłannik króla Hiszpanii - Karola I.
Jako prawnik (choć jak wyżej wspominano, bez „dyplomu”) doskonale zdawał on sobie sprawę z wagi legalizacji podjętego przezeń procederu. Miało temu służyć powołanie do istnienia nowej kolonii o nazwie Villa Rica de la Vera Cruz. Władze tego miasta, wyłonione spośród żołnierzy Cortesa, właśnie jemu powierzyły dowodzenie dalszą wyprawą. Cała ta „prawnicza komedia” miała na celu stworzenie pozorów niezależności przedsięwzięcia od zwierzchnictwa Velazqueza, a przy okazji idealnie wręcz świadczy o pomysłowości przyszłego zdobywcy Meksyku. Swoją interpretacje wydarzeń przedstawił również w korespondencji z hiszpańskim monarchą, której część, za sprawą jego ojca, Martina, z czasem obiegła niemal całą chrześcijańską Europę.
Zamiarom Cortesa sprzyjała niezadowolenie większości plemion pozostających w zależności od Tenochtitlanu. Zamieszkujący wybrzeża w rejonie dzisiejszego stanu Vera Cruz Totonakowie jako pierwsi skierowali do Hiszpanów ofertę sojuszu skierowanego przeciw Mexikom. Niedługo po tym, bo już wczesną jesienią zyskał on kolejnych i jak czas pokazał najcenniejszych sojuszników w plemionach Tlaxcalteków, ludu, podobnie jak Mexikowie, wywodzącego się spośród Indian Nahua. Pozostawali oni w stanie permanentnego konfliktu z władcami Tenochtitlanu. Ci zaś nigdy nie zdecydowali się na ostateczny podbój Tlaxcallan traktując jej terytoria jako swoisty rezerwuar jeńców - niezbędny element krwawych rytuałów.
Tlaxcaltekowie, krnąbrni górale egzystujący w surowych warunkach, doskonale radzili sobie z wojennym rzemiosłem. Dotkliwie przekonali się o tym wkraczający na ich terytorium Hiszpanie. Przy okazji pierwszego spotkania wspominani Indianie ubili dwa konie, a przez następne kilkanaście dni ponawiali zaciekłe szturmy na prowizoryczne umocnienia przybyszy. Obawa przed obcymi nie mogła przyćmić nienawiści wobec Mexików, toteż tlaxcaltecka starszyzna plemienna zdecydowała się na sojusz. Ich decyzję, podjętą zresztą nie bez burzliwych obrad, sprowokował sam Cortes poprzez jawne kontakty z przybyłymi posłami Motecuhzomy.
Tymczasem władca Mexików nie był w stanie przedsięwziąć konsekwentnej polityki wobec Hiszpanów. Przekonany o ich nadprzyrodzonym pochodzeniu coraz bardziej pogrążał się w apatii i być może zamierzał nawet popełnić rytualne samobójstwo. Ku jego przerażeniu przybysze do spółki z Tlaxcaltekami dokonali rzezi mieszkańców w sprzymierzonym z nim Cholollan - najważniejszym sanktuarium dawnego Meksyku. Zarówno Cortes jak i jego żołnierze utrzymywali, że ich czyn sprowokował sam Motecuhzoma, szykując na nich zasadzkę. Z drugiej strony wiele wskazuje na celową akcje Cortesa mającą na celu zastraszenie Mexików.
Wygląda na to, że niniejsza taktyka przyniosła spodziewane efekty, ponieważ w dniu 8 listopada 1519 r. Hiszpanie bez śladów oporu wkroczyli do Tenochtitlanu. W swych listach Cortes (podobnie jak i jego podkomendni) nie krył zdumienia ogromem i przepychem mexickiej stolicy. Także i niecodzienni przybysze wzbudzili wyraźne zainteresowanie mieszkańców miasta. Motecuhzoma przydzielił Cortesowi swój własny pałac, a następnie wygłosił mowę powitalną w której dał do zrozumienia, że uważa go za przedstawiciela dawnego władcy Anahuacu, prawdopodobnie tożsamego z bogiem Quetzalcoatlem. Cortes nie zamierzał wyprowadzać go z błędu. Dostrzegając szansę bezkrwawego opanowania władztwa Mexików skwapliwie potwierdzał przypuszczenia Motecuhzomy. Ten zaś wyraził zgodę na uznanie zwierzchności Karola I.
Mimo tych wielce obiecujących początków, niebawem doszło do pierwszych „zgrzytów” w relacjach z władcą Tenochtitlanu. W trakcie zwiedzania głównej świątyni Huitzilopochtli, dowódca wyprawy zasugerował Indianom porzucenie ich dawnych kultów i przyjęcie chrztu. Nie był to zresztą pierwszy przypływ ewangelizatorskiego zapału Cortesa. Zarówno podczas pobytu na wybrzeżu jak i w Tlaxcallan usilnie namawiał tubylców do przejścia na chrześcijaństwo. Taka postawa wywołała oburzenie zarówno samego Motecuhzomy jak i jego otoczenia, toteż Cortes zdecydował się go pojmać zyskując tym samym arcy cennego zakładnika. Od tego momentu Hiszpanie stopniowo przejmowali prerogatywy mexickiego władcy.
W maju 1520 roku u brzegów Zatoki Meksykańskiej pojawili się kolejni intruzi - ekspedycja karna wysłana z Kuby przez Diego Velazqueza. Ten bowiem nie zamierzał darować Cortesowi jego niesubordynacji, tym bardziej, że stawka była niebagatelna: panowanie nad rozległym, bogatym władztwem.. Na dowódcę tej wyprawy wyznaczył znacznie uleglejszego Panfilo de Narvaeza. Gdy Motecuhzoma dowiedział się o przybyciu Hiszpanów w tajemnicy przed Cortesem nakazał zaopatrywać ich w żywność. Najprawdopodobniej mexicki monarcha dostrzegł szansę uwolnienia się od hiszpańskiej kurateli, tym bardziej, że Narvaez nie krył się z zamiarem uwięzienia Cortesa. Ten zaś nie mógł tolerować zaistniałej sytuacji, tym bardziej, iż wszystkie jego dotychczasowe sukcesy w jednej chwili stanęły pod znakiem zapytania. Wraz z 350 ludźmi w błyskawicznym tempie dotarł on na wybrzeże i z zaskoczenia opanował znajdujący się w stolicy Totonaków obóz Narvaeza. Pod wpływem wieści o bogactwach Tenochtitlanu przeważająca część uczestników ekspedycji karnej przeszła na stronę Cortesa. Łatwe i szybkie zwycięstwo znacznie wzmocniło szeregi jego wojska.
Tymczasem w Tenochtitlanie sprawy przybrały niekorzystny dla Hiszpanów obrót. Pozostawiony tam Pedro de Alvarado - typ krewkiego zabijaki - w nie do końca jasnych okolicznościach wymordował część mexickich elit uczestniczących w święcie ku czci Huitzilopochtli. We efekcie tych działań doszło do powszechnego wystąpienia mieszkańców stolicy co wymusiło na Cortesie powrót do miasta oraz podjęcie próby opanowania sytuacji za pośrednictwem Motecuhzomy. Zabiegi te spełzły na niczym gdyż nawoływania mexickiego władcy do uległości jedynie wzmogły wściekłość Indian. Ze strony tłumu posypały się kamienie wskutek czego Motecuhzoma odniósł dotkliwe rany i zmarł pozbawiając Hiszpanów ich najcenniejszego zakładnika. Tej samej nocy rada plemienna sojuszu wybrała nowym władcą Cuitlahuaca – brata poprzedniego władcy. Rzeczony z miejsca zapowiedział bezkompromisową walkę z najeźdźcami aż do pełnego zwycięstwa. W tej sytuacji Cortes podjął decyzję o niezwłocznym opuszczeniu wrogiego miasta.
Ucieczka z Tenochtitlanu w nocy z 30 czerwca na 1 lipca 1520 r. przeszła do historii jako „la noche triste” („smutna noc”). Przedzierający się przez jedną z grobli na jeziorze okalającym stolicę Hiszpanie stali się łatwym łupem dla żądnych zemsty indiańskich wojowników. Najeźdźcy stracili wówczas przeszło połowę stanu swoich sił, całe zdobyte złoto, artylerię i znaczną część tak przydatnych w walce z Indianami koni. Mimo to, za sprawą przebiegłości swego wodza udało im się zwyciężyć w bitwie pod Otompan, dzięki czemu dotarli bez przeszkód na terytoria sprzymierzonych Tlaxcalteków.
Następne pięć miesięcy upłynęło w atmosferze przygotowań od ostatecznego podboju mexickiego władztwa. Z Kuby napływali liczni ochotnicy, toteż w krótkim czasie Cortes odtworzył swe oddziały przetrzebione w trakcie „noche triste”. Równocześnie zyskiwał on kolejnych indiańskich sojuszników, którzy złaknieni zemsty na butnych Mexikach skwapliwie oferowali swą pomoc. Oczekujące go zadanie należało jednak do arcytrudnych, zwłaszcza z przyczyn logistycznych. Doskonale zdawał on sobie sprawę, że nie ma szans na opanowanie Tenochtitlanu bez uprzedniego zdobycia kontroli na jeziorze wokół miasta. Toteż w Vera Cruz zbudowano trzynaście niewielkich brygantyn, które dzięki tlaxcalteckim tragarzom przetransportowano w częściach w głąb Doliny Meksyku. Mexikowie również nie próżnowali. Ich nowy władca starał się pozyskać sojuszników do walki z Hiszpanami w postaci Tarasków - plemion zamieszkujących na zachód od Doliny Meksyku. Próby te zakończyły się jednak fiaskiem ze względu na zadawnioną niechęć obu grup plemiennych obfitującą przy tym w liczne konflikty zbrojne. Nie dość na tym tysiące Indian padło ofiarą epidemii czarnej ospy, przywleczonej z Kuby przez żołnierzy Narvaeza. Zmarł także Cuitlahuac, którego zastąpił kolejny krewny Motecuhzomy - Cuauhtemotzin.
W końcu kwietnia 1521 r. Cortes mógł już zarządzić szturm Tenochtitlanu. Mimo beznadziejnej sytuacji oraz demograficznej katastrofy jaką była wspomniana wyżej epidemia Mexikowie stawili zacięty opór kładąc trupem wielu Hiszpanów i ich sojuszników. Szczególnie zażarte walki miały miejsce na przełomie czerwca i lipca. Niewiele wówczas brakowało by sam Cortes trafił na ofiarny ołtarz. Ocalał jedynie dzięki determinacji jednego z szeregowych żołnierzy, któremu udało się wyswobodzić pochwyconego wodza. Załamany Cuauhtemotzin poddał niemal doszczętnie zrujnowaną stolicę dopiero 13 sierpnia. Pewny już swej nominacji na gubernatora podbitych ziem, Cortes niemal natychmiast po kapitulacji nakazał wzniesienie w tym samym miejscu nowego miasta - Meksyku - przyszłej stolicy Wicekrólestwa Nowej Hiszpanii.
Jako oficjalnie mianowany gubernator nie zaznał on jednak spokoju co zresztą nie leżało w jego awanturniczej naturze. Niesprzyjający rozwój wypadków wymusił na nim wyprawienie się na tereny Hondurasu, gdzie doszło do rewolty jednego z jego najwierniejszych dotąd współpracowników - Cristobala de Olid. Ta trwająca przeszło półtora roku, obfitująca w szereg dramatycznych zdarzeń wyprawa (1524-1526) przyniosła połowiczne efekty. Bunt stłumili lojalni gubernatorowi oficerowie jeszcze przed jego przybyciem, natomiast w samym Meksyku, gdzie sądzono, że już nie powróci, doszło do zamieszek w efekcie których król pozbawił go części władzy. W trakcie wizyty w Hiszpanii (1529 r.) starał się on odmienić ten stan rzeczy zabiegając o przywrócenie dawnego zakresu swych kompetencji. I choć Karol I przyjął go z rzadko spotykanymi honorami, to jednak zdobywcy Meksyku się osiągnąć wspomnianych zamierzeń. Władza cywilna pozostała w rękach królewskich urzędników.
Cortes, mianowany markizem Doliny Oaxaca ponownie znalazł się Meksyku z nadzieją kolejnych śmiałych podbojów. Licząc na dotarcie do azjatyckich wysp na Pacyfiku, czy nawet Chin (wciąż wówczas wierzono, że Ameryka ma lądowe połączenie z Azją) organizował kolejne wyprawy w następstwie których spenetrowano obszary nieznanego dotąd Półwyspu Kalifornijskiego (1532-1540). Wiele wskazuje, że nazwa tego obszaru - „calida fornax” (łac. „gorący piec”) - pochodziła od samego Cortesa. Eksploracja ubogich obszarów Półwyspu nie przyniosła jednak spodziewanych zysków przekreślając mrzonki o nowych bogactwach, toteż za namową swej żony opuścił on Nową Hiszpanię i powrócił do Europy. Wkrótce po swym przybyciu zaoferował królowi pomoc przy próbie zdobycia zajmowanego przez muzułmanów Algieru. Jednakże Karol I nie potrzebował już jego usług i bez skrupułów ignorował zdobywcę Meksyku. Z tego względu Cortes zachował doń żal aż do swej śmierci w roku 1547.
Określenie Cortesa mianem jednego z najwybitniejszych przedstawicieli konkwisty to zwyczajny truizm. Wbrew obiegowym opiniom nie odznaczał się on militarnymi zdolnościami. Toteż nie w tym kryło się sedno jego spektakularnych sukcesów. Zdobywca Meksyku był raczej mistrzem manipulacji, maksymalnego wykorzystywania nadarzających się okazji - przede wszystkim słabości swych oponentów. Udowodnił to zarówno na przykładzie Velazqueza jak i Motecuhzomy. Na tle innych zdobywców Nowego Świata odznaczał się przenikliwością oraz umiejętnością łatwego zjednywaniem sobie ludzi porównywalną jedynie z odkrywcą Pacyfiku – Vasco de Balboa. Nawet biskup Las Casas przyznał, że Cortes był osobą komunikatywną i szybko nawiązującą przyjaźnie. Na swój sposób, choć nie chciał przyznać tego wprost szczerze go podziwiał. Konsekwencja i pomysłowość z jaką ów konkwistador realizował swe zamierzenia wciąż imponuje. Z drugiej strony jego poczynania doprowadziły do śmierci wielu tysięcy Indian oraz zagłady ich wyrafinowanej cywilizacji. Podobnie jak w XVI w. także i współcześnie formułowane są liczne i zarazem skrajnie różne oceny tej postaci. To jedynie przyczynia się do utrwalenia legendy Hernana Cotresa, który stał się przez to niemal symbolem całej konkwisty.
Z relacji dotyczących podboju Meksyku wynika, że ówczesny władca Tenochtitlanu - Motecuhzoma (Montezuma) II Xocoyotzin na wieść o pojawieniu się nieznanych przybyszy popadł w głęboką depresję. Miało to ponoć wynikać z licznych nadnaturalnych znaków oraz przepowiedni utożsamiających Hiszpanów z wysłannikami innego indiańskiego boga, Quetzalcoatla. Według jednej z licznych wersji mitu wspomniane bóstwo przepędzono niegdyś z Doliny Meksyku ze względu na jego niechęć do ludzkich ofiar. Ten zaś miał ponoć przepowiedzieć swój powrót ze wschodu i ponowne objęcie władzy. Ponadto na niektórych wizerunkach był on ukazywany jako brodaty, biały mężczyzna, znacznie odbiegający typem fizykalnym od mezoamerykańskich standardów Te właśnie przypadkowe okoliczności miały skłonić Motecuhzome do utożsamienia przybyszy z Quetzalcoatlem, tym bardziej, że nieprzychylni mu przedstawiciele arystokracji plemiennej usiłowali podtrzymywać go w tym przekonaniu. To zaś miało wskazywać na rychły kres jego imperium. Czy tak było w rzeczywistości ? To pytanie wciąż pozostaje zagadką dla badaczy tego zagadnienia.
Nie zdając sobie sprawy z zamieszania jakie wywołało jego przybycie, Grijalva przyjął ofiarowywane dary, po czym wyruszył w drogę powrotną na Kubę. Jeszcze przed jego powrotem Velazquez rozpoczął przygotowywania do kolejnej, znacznie liczniejszej wyprawy. Nie chcąc angażować się osobiście, wyznaczył on nowego dowódcę. Tym razem jego wybór padł na Hernana Cortesa, postrzeganego przez gubernatora Kuby jako osobę godną całkowitego zaufania. Już wkrótce Velazquez miał się przekonać jak bardzo błędny był jego osąd.
Cortes porzucił swe dotychczasowe obowiązki bez reszty angażując się w zaoferowane mu przedsięwzięcie. Próbki meksykańskiego złota (którego zresztą nikt się nie spodziewał) odpowiednio podziałały na wyobraźnię kolonistów. Prędko ujawniło się wielu zazdrosnych o funkcję Cortesa. Łatwo ulegający intryganckim podszeptom gubernator doszedł do wniosku, że sprytny Cortes rzeczywiście może mu zaszkodzić, dlatego też odwołał go z funkcji dowódcy. Ten jednak okazał się szybszy, bowiem zamierzający osobiście oznajmić swą decyzję Velazquez zastał w Santiago opustoszały port. Oznaczało to jawną niesubordynacje ze strony Cortesa.
Świadomy podjętego ryzyka nie zamierzał rezygnować ze swej szansy. Za sprawą relacji Grijalvy Hiszpanie zdawali już sobie sprawę z istnienia w głębi lądu bogatego i ludnego władztwa Indian, a perspektywa opanowania tego obszaru zaiste kusiła. Środki którymi Cortes dysponował były jak na możliwości kubańskiej koloni imponujące. Na trzynastu okrętach znajdowało się około 550 żołnierzy (nie licząc marynarzy), w tym prawie dwudziestu jeźdźców i trzynastu arkebuzerów. Po doświadczeniach poprzednich wypraw szczególną uwagę poświęcono wyposażeniu w broń palną, tak skuteczną w starciach z Majami Stąd podkomendni przyszłego zdobywcy mogli liczyć na czternaście dział różnego typu.
Podążając szlakiem Grijalvy dotarł on 12 kwietnia 1519 r. w okolice rzeki Tabasco. Niespodziewany atak miejscowych Indian zaskoczył Hiszpanów, tym bardziej, że wcześniejsze zachowanie tubylców nie wskazywało na taki obrót sytuacji. Podobnie jak przy okazji wcześniejszych wypraw i tym razem wynik starcia przesądziła broń palna, interpretowana przez tubylców jako „niebiańskie gromy”. W kolejnych potyczkach niebagatelną rolę odegrali również jeźdźcy. Mezoamerykańscy Indianie nie znali zarówno koni, jak też i wszelkich większych zwierząt. Stąd postrzegali wierzchowce jako nadprzyrodzone istoty tworzące całość wraz z dosiadającymi je Hiszpanami. Cortes dość szybko zdał sobie z tego sprawę i przez okres całego podboju umiejętnie wykorzystywał ów zabobonny lęk.
Wkrótce po ujarzmieniu Tabasców Hiszpanie nawiązali kontakt z posłami Motecuhzomy. Umożliwiła to dwójka tłumaczy znajdująca się w obozie Cortesa: Geronimo de Aguilar - hiszpański rozbitek, który spędził osiem lat pośród Majów oraz Indianka Malintzin (nazwana też doñą Mariną). Obawiając się przybyszy Mexikowie usilnie namawiali ich do opuszczenia meksykańskich wybrzeży. Niefortunnie dla Indian bogate dary jedynie zwiększyły determinacje Cortesa, który i tak nie miał możliwości powrotu, gdyż na Kubie czekał nań stryczek. Stąd też uparcie powtarzał on posłom, że nie może odpłynąć dopóki osobiście nie spotka się z Motecuhzomą. Rzecz jasna przedstawiał się jako oficjalny wysłannik króla Hiszpanii - Karola I.
Jako prawnik (choć jak wyżej wspominano, bez „dyplomu”) doskonale zdawał on sobie sprawę z wagi legalizacji podjętego przezeń procederu. Miało temu służyć powołanie do istnienia nowej kolonii o nazwie Villa Rica de la Vera Cruz. Władze tego miasta, wyłonione spośród żołnierzy Cortesa, właśnie jemu powierzyły dowodzenie dalszą wyprawą. Cała ta „prawnicza komedia” miała na celu stworzenie pozorów niezależności przedsięwzięcia od zwierzchnictwa Velazqueza, a przy okazji idealnie wręcz świadczy o pomysłowości przyszłego zdobywcy Meksyku. Swoją interpretacje wydarzeń przedstawił również w korespondencji z hiszpańskim monarchą, której część, za sprawą jego ojca, Martina, z czasem obiegła niemal całą chrześcijańską Europę.
Zamiarom Cortesa sprzyjała niezadowolenie większości plemion pozostających w zależności od Tenochtitlanu. Zamieszkujący wybrzeża w rejonie dzisiejszego stanu Vera Cruz Totonakowie jako pierwsi skierowali do Hiszpanów ofertę sojuszu skierowanego przeciw Mexikom. Niedługo po tym, bo już wczesną jesienią zyskał on kolejnych i jak czas pokazał najcenniejszych sojuszników w plemionach Tlaxcalteków, ludu, podobnie jak Mexikowie, wywodzącego się spośród Indian Nahua. Pozostawali oni w stanie permanentnego konfliktu z władcami Tenochtitlanu. Ci zaś nigdy nie zdecydowali się na ostateczny podbój Tlaxcallan traktując jej terytoria jako swoisty rezerwuar jeńców - niezbędny element krwawych rytuałów.
Tlaxcaltekowie, krnąbrni górale egzystujący w surowych warunkach, doskonale radzili sobie z wojennym rzemiosłem. Dotkliwie przekonali się o tym wkraczający na ich terytorium Hiszpanie. Przy okazji pierwszego spotkania wspominani Indianie ubili dwa konie, a przez następne kilkanaście dni ponawiali zaciekłe szturmy na prowizoryczne umocnienia przybyszy. Obawa przed obcymi nie mogła przyćmić nienawiści wobec Mexików, toteż tlaxcaltecka starszyzna plemienna zdecydowała się na sojusz. Ich decyzję, podjętą zresztą nie bez burzliwych obrad, sprowokował sam Cortes poprzez jawne kontakty z przybyłymi posłami Motecuhzomy.
Tymczasem władca Mexików nie był w stanie przedsięwziąć konsekwentnej polityki wobec Hiszpanów. Przekonany o ich nadprzyrodzonym pochodzeniu coraz bardziej pogrążał się w apatii i być może zamierzał nawet popełnić rytualne samobójstwo. Ku jego przerażeniu przybysze do spółki z Tlaxcaltekami dokonali rzezi mieszkańców w sprzymierzonym z nim Cholollan - najważniejszym sanktuarium dawnego Meksyku. Zarówno Cortes jak i jego żołnierze utrzymywali, że ich czyn sprowokował sam Motecuhzoma, szykując na nich zasadzkę. Z drugiej strony wiele wskazuje na celową akcje Cortesa mającą na celu zastraszenie Mexików.
Wygląda na to, że niniejsza taktyka przyniosła spodziewane efekty, ponieważ w dniu 8 listopada 1519 r. Hiszpanie bez śladów oporu wkroczyli do Tenochtitlanu. W swych listach Cortes (podobnie jak i jego podkomendni) nie krył zdumienia ogromem i przepychem mexickiej stolicy. Także i niecodzienni przybysze wzbudzili wyraźne zainteresowanie mieszkańców miasta. Motecuhzoma przydzielił Cortesowi swój własny pałac, a następnie wygłosił mowę powitalną w której dał do zrozumienia, że uważa go za przedstawiciela dawnego władcy Anahuacu, prawdopodobnie tożsamego z bogiem Quetzalcoatlem. Cortes nie zamierzał wyprowadzać go z błędu. Dostrzegając szansę bezkrwawego opanowania władztwa Mexików skwapliwie potwierdzał przypuszczenia Motecuhzomy. Ten zaś wyraził zgodę na uznanie zwierzchności Karola I.
Mimo tych wielce obiecujących początków, niebawem doszło do pierwszych „zgrzytów” w relacjach z władcą Tenochtitlanu. W trakcie zwiedzania głównej świątyni Huitzilopochtli, dowódca wyprawy zasugerował Indianom porzucenie ich dawnych kultów i przyjęcie chrztu. Nie był to zresztą pierwszy przypływ ewangelizatorskiego zapału Cortesa. Zarówno podczas pobytu na wybrzeżu jak i w Tlaxcallan usilnie namawiał tubylców do przejścia na chrześcijaństwo. Taka postawa wywołała oburzenie zarówno samego Motecuhzomy jak i jego otoczenia, toteż Cortes zdecydował się go pojmać zyskując tym samym arcy cennego zakładnika. Od tego momentu Hiszpanie stopniowo przejmowali prerogatywy mexickiego władcy.
W maju 1520 roku u brzegów Zatoki Meksykańskiej pojawili się kolejni intruzi - ekspedycja karna wysłana z Kuby przez Diego Velazqueza. Ten bowiem nie zamierzał darować Cortesowi jego niesubordynacji, tym bardziej, że stawka była niebagatelna: panowanie nad rozległym, bogatym władztwem.. Na dowódcę tej wyprawy wyznaczył znacznie uleglejszego Panfilo de Narvaeza. Gdy Motecuhzoma dowiedział się o przybyciu Hiszpanów w tajemnicy przed Cortesem nakazał zaopatrywać ich w żywność. Najprawdopodobniej mexicki monarcha dostrzegł szansę uwolnienia się od hiszpańskiej kurateli, tym bardziej, że Narvaez nie krył się z zamiarem uwięzienia Cortesa. Ten zaś nie mógł tolerować zaistniałej sytuacji, tym bardziej, iż wszystkie jego dotychczasowe sukcesy w jednej chwili stanęły pod znakiem zapytania. Wraz z 350 ludźmi w błyskawicznym tempie dotarł on na wybrzeże i z zaskoczenia opanował znajdujący się w stolicy Totonaków obóz Narvaeza. Pod wpływem wieści o bogactwach Tenochtitlanu przeważająca część uczestników ekspedycji karnej przeszła na stronę Cortesa. Łatwe i szybkie zwycięstwo znacznie wzmocniło szeregi jego wojska.
Tymczasem w Tenochtitlanie sprawy przybrały niekorzystny dla Hiszpanów obrót. Pozostawiony tam Pedro de Alvarado - typ krewkiego zabijaki - w nie do końca jasnych okolicznościach wymordował część mexickich elit uczestniczących w święcie ku czci Huitzilopochtli. We efekcie tych działań doszło do powszechnego wystąpienia mieszkańców stolicy co wymusiło na Cortesie powrót do miasta oraz podjęcie próby opanowania sytuacji za pośrednictwem Motecuhzomy. Zabiegi te spełzły na niczym gdyż nawoływania mexickiego władcy do uległości jedynie wzmogły wściekłość Indian. Ze strony tłumu posypały się kamienie wskutek czego Motecuhzoma odniósł dotkliwe rany i zmarł pozbawiając Hiszpanów ich najcenniejszego zakładnika. Tej samej nocy rada plemienna sojuszu wybrała nowym władcą Cuitlahuaca – brata poprzedniego władcy. Rzeczony z miejsca zapowiedział bezkompromisową walkę z najeźdźcami aż do pełnego zwycięstwa. W tej sytuacji Cortes podjął decyzję o niezwłocznym opuszczeniu wrogiego miasta.
Ucieczka z Tenochtitlanu w nocy z 30 czerwca na 1 lipca 1520 r. przeszła do historii jako „la noche triste” („smutna noc”). Przedzierający się przez jedną z grobli na jeziorze okalającym stolicę Hiszpanie stali się łatwym łupem dla żądnych zemsty indiańskich wojowników. Najeźdźcy stracili wówczas przeszło połowę stanu swoich sił, całe zdobyte złoto, artylerię i znaczną część tak przydatnych w walce z Indianami koni. Mimo to, za sprawą przebiegłości swego wodza udało im się zwyciężyć w bitwie pod Otompan, dzięki czemu dotarli bez przeszkód na terytoria sprzymierzonych Tlaxcalteków.
Następne pięć miesięcy upłynęło w atmosferze przygotowań od ostatecznego podboju mexickiego władztwa. Z Kuby napływali liczni ochotnicy, toteż w krótkim czasie Cortes odtworzył swe oddziały przetrzebione w trakcie „noche triste”. Równocześnie zyskiwał on kolejnych indiańskich sojuszników, którzy złaknieni zemsty na butnych Mexikach skwapliwie oferowali swą pomoc. Oczekujące go zadanie należało jednak do arcytrudnych, zwłaszcza z przyczyn logistycznych. Doskonale zdawał on sobie sprawę, że nie ma szans na opanowanie Tenochtitlanu bez uprzedniego zdobycia kontroli na jeziorze wokół miasta. Toteż w Vera Cruz zbudowano trzynaście niewielkich brygantyn, które dzięki tlaxcalteckim tragarzom przetransportowano w częściach w głąb Doliny Meksyku. Mexikowie również nie próżnowali. Ich nowy władca starał się pozyskać sojuszników do walki z Hiszpanami w postaci Tarasków - plemion zamieszkujących na zachód od Doliny Meksyku. Próby te zakończyły się jednak fiaskiem ze względu na zadawnioną niechęć obu grup plemiennych obfitującą przy tym w liczne konflikty zbrojne. Nie dość na tym tysiące Indian padło ofiarą epidemii czarnej ospy, przywleczonej z Kuby przez żołnierzy Narvaeza. Zmarł także Cuitlahuac, którego zastąpił kolejny krewny Motecuhzomy - Cuauhtemotzin.
W końcu kwietnia 1521 r. Cortes mógł już zarządzić szturm Tenochtitlanu. Mimo beznadziejnej sytuacji oraz demograficznej katastrofy jaką była wspomniana wyżej epidemia Mexikowie stawili zacięty opór kładąc trupem wielu Hiszpanów i ich sojuszników. Szczególnie zażarte walki miały miejsce na przełomie czerwca i lipca. Niewiele wówczas brakowało by sam Cortes trafił na ofiarny ołtarz. Ocalał jedynie dzięki determinacji jednego z szeregowych żołnierzy, któremu udało się wyswobodzić pochwyconego wodza. Załamany Cuauhtemotzin poddał niemal doszczętnie zrujnowaną stolicę dopiero 13 sierpnia. Pewny już swej nominacji na gubernatora podbitych ziem, Cortes niemal natychmiast po kapitulacji nakazał wzniesienie w tym samym miejscu nowego miasta - Meksyku - przyszłej stolicy Wicekrólestwa Nowej Hiszpanii.
Jako oficjalnie mianowany gubernator nie zaznał on jednak spokoju co zresztą nie leżało w jego awanturniczej naturze. Niesprzyjający rozwój wypadków wymusił na nim wyprawienie się na tereny Hondurasu, gdzie doszło do rewolty jednego z jego najwierniejszych dotąd współpracowników - Cristobala de Olid. Ta trwająca przeszło półtora roku, obfitująca w szereg dramatycznych zdarzeń wyprawa (1524-1526) przyniosła połowiczne efekty. Bunt stłumili lojalni gubernatorowi oficerowie jeszcze przed jego przybyciem, natomiast w samym Meksyku, gdzie sądzono, że już nie powróci, doszło do zamieszek w efekcie których król pozbawił go części władzy. W trakcie wizyty w Hiszpanii (1529 r.) starał się on odmienić ten stan rzeczy zabiegając o przywrócenie dawnego zakresu swych kompetencji. I choć Karol I przyjął go z rzadko spotykanymi honorami, to jednak zdobywcy Meksyku się osiągnąć wspomnianych zamierzeń. Władza cywilna pozostała w rękach królewskich urzędników.
Cortes, mianowany markizem Doliny Oaxaca ponownie znalazł się Meksyku z nadzieją kolejnych śmiałych podbojów. Licząc na dotarcie do azjatyckich wysp na Pacyfiku, czy nawet Chin (wciąż wówczas wierzono, że Ameryka ma lądowe połączenie z Azją) organizował kolejne wyprawy w następstwie których spenetrowano obszary nieznanego dotąd Półwyspu Kalifornijskiego (1532-1540). Wiele wskazuje, że nazwa tego obszaru - „calida fornax” (łac. „gorący piec”) - pochodziła od samego Cortesa. Eksploracja ubogich obszarów Półwyspu nie przyniosła jednak spodziewanych zysków przekreślając mrzonki o nowych bogactwach, toteż za namową swej żony opuścił on Nową Hiszpanię i powrócił do Europy. Wkrótce po swym przybyciu zaoferował królowi pomoc przy próbie zdobycia zajmowanego przez muzułmanów Algieru. Jednakże Karol I nie potrzebował już jego usług i bez skrupułów ignorował zdobywcę Meksyku. Z tego względu Cortes zachował doń żal aż do swej śmierci w roku 1547.
Określenie Cortesa mianem jednego z najwybitniejszych przedstawicieli konkwisty to zwyczajny truizm. Wbrew obiegowym opiniom nie odznaczał się on militarnymi zdolnościami. Toteż nie w tym kryło się sedno jego spektakularnych sukcesów. Zdobywca Meksyku był raczej mistrzem manipulacji, maksymalnego wykorzystywania nadarzających się okazji - przede wszystkim słabości swych oponentów. Udowodnił to zarówno na przykładzie Velazqueza jak i Motecuhzomy. Na tle innych zdobywców Nowego Świata odznaczał się przenikliwością oraz umiejętnością łatwego zjednywaniem sobie ludzi porównywalną jedynie z odkrywcą Pacyfiku – Vasco de Balboa. Nawet biskup Las Casas przyznał, że Cortes był osobą komunikatywną i szybko nawiązującą przyjaźnie. Na swój sposób, choć nie chciał przyznać tego wprost szczerze go podziwiał. Konsekwencja i pomysłowość z jaką ów konkwistador realizował swe zamierzenia wciąż imponuje. Z drugiej strony jego poczynania doprowadziły do śmierci wielu tysięcy Indian oraz zagłady ich wyrafinowanej cywilizacji.
Podobnie jak w XVI w. także i współcześnie formułowane są liczne i zarazem skrajnie różne oceny tej postaci. To jedynie przyczynia się do utrwalenia legendy Hernana Cotresa, który stał się przez to niemal symbolem całej konkwisty.
Przemysław Mazur
