
„Musimy jak najszybciej odnaleźć tego złotego Indianina!” – jak miał stwierdzić Sebastian de Belalcázar, od roku 1534 r. gubernator jednej z prowincji podbijanego wówczas władztwa Inków. Impulsywna reakcja hiszpańskiego konkwistadora nie była przypadkowa. Wieść pozyskana od tubylców nie pozostawiała bowiem wątpliwości: daleko na wschodzie rozciągała się bogata w szlachetne kruszce kraina władana przez tajemniczego kacyka. Dodajmy, że zwanego od tej chwili „El Dorado” (z hiszp.. „Pozłacany”).
Nie był to pierwszy tego typu przypadek w emocjonującej historii eksploracji Nowego Świata przez hiszpańskich zdobywców. Cały ów proces dziejowy obfitował w podobnego rodzaju przypadki stanowiące zbitkę wygórowanych oczekiwań, legendarnych przekazów oraz rzeczywistości często dalece przerastającej wyobrażenia ubogich szlachciców rodem z Kastylii i Estremadury. Ów amalgamat okazał się na tyle inspirujący, by wygenerować zupełnie nowe tradycje pełne mitycznych istot i widmowych krain. Uczciwie trzeba przyznać, że zaistniałej wówczas mitotwórczej inwencji nie powstydziliby się najbardziej skłonni do popuszczania wodzy fantazji antyczni historiografowie. Nawet jeśli to właśnie oni – m.in. Flawiusz Arrian, Herodot czy Diodor Sycylijski – bywali źródłem aż nazbyt dosłownie pojmowanej inspiracji dla szesnastowiecznych odkrywców.
W poszukiwaniu źródła wiecznej młodości
Atmosferę niezwykłości towarzyszącą wdzieraniu się Europejczyków na nowo odkryty ląd wzmogły niewyjaśnione zjawiska towarzyszące transoceanicznym rejsom. Sam Kolumb wspominał, że dzień przed dotarciem do pierwszego skrawka Nowego Świata – wyspy San Salvador (tj. 11 października 1492) – zaobserwował niezidentyfikowane światłość, która „(…) wznosiła się i opadała” (tłum. Anna Ludwika Czerny). Niewykluczone, że sprytny admirał zmyślił wspomnianą obserwacje w zamiarze uspokojenia nastrojów zniecierpliwionej załogi. Oddaje ona jednak podatność ówczesnych odkrywców na trudne do jednoznacznej interpretacji fenomeny. Jak czas pokazał nie był to ostatni tego typu przypadek.
Wśród załogantów drugiej wyprawy Kolumba (z roku 1493) znalazł się szlachcic Juan Ponce de León, weteran walk z iberyjskimi muzułmanami. W odróżnieniu od licznych kolonistów nie popadł on w przygnębienie na wieść o spustoszeniu przez tubylców Villa de La Navidad (osady wzniesionej podczas wcześniejszej wyprawy). Ominęła go również epidemia żółtej febry, która dotkliwie przetrzebiła pierwszych przybyszy z Europy. Nie ustrzegł się natomiast urokowi indiańskiego folkloru. Bowiem już jako gubernator Puerto Rico (w latach 1508-1511) zasłyszał lokalną legendę o wyspie Bimini na której miało znajdować się źródło wiecznej młodości. Średniowieczna Europa mogła szczycić się tradycją o świętym Graalu. Za sprawą tubylczych rewelacji zmodyfikowany odpowiednik tej tradycji zyskiwał Nowy Świat.
Liczący wówczas niemal pół wieku Ponce de León niemal natychmiast rozpoczął starania na hiszpańskim dworze o pozyskanie licencji na odkrycie i zasiedlenie mitycznej wyspy. Zwłaszcza, że ów przekaz zdawał się potwierdzać zaskakująco zbliżone średniowieczne tradycje. O źródle wiecznej młodości wspominał bowiem już Marko Polo w swym sławnym „Opisaniu świata”. Podobnie zresztą jak jeden z głównych inspiratorów Kolumba – kardynał Pierre D’Ailly - w swoim najsłynniejszym dziele pt. „Imago Mundi” przytaczał przypadek księdza Jana z Mandeville, który podczas pobytu w bliżej nie określonym rejonie Azji Środkowej miał zakosztować wody ze źródła wiecznej młodości. Biorąc pod uwagę, że na wczesnym etapie pobytu Hiszpanów w Nowym Świecie wyspy Morza Karaibskiego postrzegano jako część kontynentu azjatyckiego, wydawać się mogło, że leciwy szlachcic trafił na ślad autentycznego źródła wiecznej młodości.
Pomimo utrudnień czynionych mu przez kolonialną administracje (Diego Kolumb, starszy syn odkrywcy Ameryki, zazdrośnie strzegł przywileju eksploracji Nowego Świata) zarządca Puerto Rico doczekał się królewskiej akceptacji jego zamierzeń i tym samym trzy wyekwipowane przezeń okręty 3 marca 1513 r. wypłynęły w poszukiwaniu upragnionej „Wyspy Wiecznej Młodości”. Przemierzając archipelag Bahamów Ponce de León niejako przypadkiem (wymuszonym przez sztorm) dotarł do wybrzeży Florydy. W kontekście poszerzenia zakresu wiedzy geograficznej owa wyprawa miała niebagatelne wręcz znaczenie. Pech w tym, że sam inicjator przedsięwzięcia był jej efektami niemal zdruzgotany. Bo pomimo licznych źródeł geotermalnych rozsianych na obszarze wspomnianego półwyspu (swoją drogą o leczniczych właściwościach docenionych przez Indian) żadne z nich nie okazało się upragnionym źródłem wiecznej młodości. Ponowiona w roku 1521 r. próba zweryfikowania tubylczej tradycji zakończyła się dlań śmiercią w trakcie konfrontacji z rodzimymi mieszkańcami Florydy.
Kraj Meta
Nieco przypadkowe odkrycie Tawantin Suyu (domeny Inków z Cuzco), a przede wszystkim ogrom pozyskanych wówczas bogactw wydawał się spełnieniem dawnych marzeń Kolumba i finansujących go monarchów iberyjskich. Wcześniejszy o przeszło dekadę podbój władztwa Mexików (błędnie zwanych Aztekami) z lat 1519-1521 wzmógł zapał konkwistadorów, a przy okazji wiarę we wszelkie pogłoski o skrytych w głębi kontynentu pół-mitycznych królestwach. Jednym ze skorych do posłuchu śmiałków był uczestnik wyprawy Cortesa, Diego de Ordáz. Rzeczony zasłynął zarówno męstwem podczas oblężenia Tenochtitlan (głównego miasta Mexików), jak również był prawdopodobnie pierwszym Europejczykiem, który wspiął się na Popocatéptl – jeden z wciąż aktywnych wulkanów Doliny Meksyku. Jak wielu mu podobnych awanturników, również i on zamierzał powtórzyć wyczyn swego pryncypała. Stąd u schyłku lat dwudziestych XVI w. podjął wysiłki na rzecz otrzymania zgody do eksploracji północno-wschodnich wybrzeży tzw. kontynentu południowego (tj. Ameryki Południowej).
W początkach 1531 r. dowodzona przezeń eskadra znalazła się na wodach „Słodkiego Morza” (jak zwykli wówczas określać Hiszpanie ujście Amazonki). To właśnie w tych rejonach de Ordáz spodziewał się odnaleźć kolejne, majętne władztwo Indian kierując się popularną wówczas teorią w myśl której obfitość szlachetnych kruszców determinował klimat. Stąd jego przekonanie (pośrednio zaczerpnięte z piśmiennictwa antycznego), że im wyższa temperatura, tym większe prawdopodobieństwo występowania złota. Jego rachuby prędko okazały się zbiorem konfabulacji. W splądrowanych osadach indiańskich wzdłuż nurtu wzmiankowanej rzeki odnajdywano co najwyżej bezwartościowe szkiełka mylnie interpretowane jako szmaragdy. Nie odnaleziono również szmaragdowej góry na którą spodziewali się natknąć uczestnicy wyprawy.
Wzmagający się opór krajowców oraz niesprzyjająca aura (huragan dotkliwie przetrzebił szeregi konkwistadorów) wymogła na dowódcy zmianę kierunku trasy i wraz z niedobitkami swej załogi pożeglował na zachód, wzdłuż północnych wybrzeży Ameryki Południowej. Płynąc w górę innej wielkiej rzeki kontynentu, Orinoko, podkomendni Ordáza ponownie zmuszeni byli stawić opór Indianom, dowiadując się od pochwyconych jeńców o bogatej krainie znajdującej się na zachód od penetrowanego obszaru. Tym samym upragniony cel (z hiszp. „Meta”) zdawał się niemal na wyciągnięcie ręki. Istotnie źródło jednego z zachodnich dopływów Orinoko znajduje się nieopodal dawnej strefy cywilizacyjnej Indian Mwisca (zwanych też Czibcza), najprawdopodobniej pierwowzoru przekazów o El Dorado.
Dawny żołnierz Cortesa nosił się z zamiarem powtórzenia metody zastosowanej przez swego dawnego wodza tj. po dotarciu do centrum tubylczej struktury politycznej niezwłocznie uwięzić miejscowego władcę (jak to uczynił Cortes z Motechuzomą II, a w przeszło dekadę później Francisco Pizarro z Ataw Wallpą). Nie zyskał jednak ku temu okazji, bo ze względu na skrajnie trudne warunki transportu, wyczerpanie zapasów (przemierzany obszar był w dużej mierze bezludny) oraz szerzącą się wśród i tak zdziesiątkowanych Hiszpanów epidemię, zmuszony był zarządzić odwrót. Tym samym opływający ponoć w bogactwa Kraj Meta pozostał poza jego zasięgiem. Po dotarciu do hiszpańskich osad na wybrzeżu planował on co prawda wznowić poszukiwania indiańskiego władztwa. Przeszkodziła mu w tym jednak przedwczesna śmierć. Legenda o skrytym w głębi kontynentu królestwie zdawała się mimo wszystko żyć swoim własnym życiem.
Imperium Złotego Kacyka
Hiszpanie z fortów na północnym wybrzeżu Ameryki Południowej, powoli acz sukcesywnie wdzierali się w interior, a powtarzające się wieści o „złotym kraju” stanowiły istotny bodziec dla egzystujących z reguły w ubóstwie kolonistów. Upragniona kraina dostatku podobna władztwu meksykańskich Indian określano na wiele sposobów: Dabaibe, Manoa czy – wzorem Ordáza – Meta. Najwięcej emocji wzbudzała jednak wzmiankowana już wyżej nazwa El Dorado wywodząca się od mitycznego wodza plemiennego, który miał jakoby składać bóstwom jednego z jezior liczne kosztowności. Miarą bogactwa władanego przezeń królestwa miało być warstwa barwnika z czystego złota, którą każdego dnia pokrywano jego ciało.
Czas pokazał, że w odróżnieniu od wielu fantastycznych przekazów w tym akurat tkwiło ziarno prawdy o autentycznej rzeczywistości. Bo rzeczywiście na Płaskowyżu Bogoty znajdował się jedna z najbardziej rozwiniętych stref cywilizacyjnych prekolumbijskiej Ameryki. Mowa tu o Mwiskach z głównymi ośrodkami plemiennymi w Tunja i Bacata. Mimo słabości politycznej (żaden z wspomnianych ośrodków – w odróżnieniu od Inków i Mexików – nie podjął ekspansji poza obszar etnicznych wpływów tej kultury) tamtejsi Indianie zdołali wytworzyć wyrafinowaną kulturę duchową i materialną. Jak nie trudno się domyślić w orbicie zainteresowania przybyszy z Europy znalazła się nade wszystko ta druga.
Konkwistadorzy dotarli do pierwowzoru El Dorado różnymi drogami i prawie w tym samym czasie. Mało brakowało, a na płaskowyżu zamieszkiwanym przez Chibchów doszłoby do zbrojnego rozstrzygnięcia pomiędzy watahami zdobywców. Spór zażegnano jednak polubownie i tym samym przybysze zza Atlantyku zyskali okazje by naocznie ocenić ile prawdy było w intrygującej ich legendzie. Cmentarzyska podbijanej kultury okazały autentycznymi kopalniami drogocennych precjozów, porównywalnych ze skarbcami meksykańskiego Tenochtitlanu oraz słynną, wypełnioną po brzegi kosztownościami salą Ataw Wallpy. Prawdziwy okazał się również przekaz o jeziorze Guatavita w którym złoty kacyk miał składać cenne ofiary dla zamieszkujących jego głębiny bóstw. Los zakpił jednak z pazernych zabijaków skrywając złote artefakty pod wciąż niedostępną warstwą utwardzonego mułu. Mit pozostał równie nienaruszony i dla licznych amatorów poszukiwań skarbów wciąż wydaje się aktualny (np. w kontekście odnalezionych już w XXI w. pozostałości inkaskiej enklawy Paititi). Przynajmniej część z tych inicjatyw (np. Jerzego ze Spiry z lat 1535-1538) stanowiła kontynuacje poszukiwań Kraju Meta. Inne (jak chociażby wyprawa de Belalcázara) były pochodną andyjskiego folkloru przemieszanego z wybujałymi oczekiwaniami konkwistadorów.
„Miejsce gdzie rodzi się cynamon”
Podbój władztwa Inków, słusznie uchodzący za jeden z dwóch najbardziej epickich (a zarazem najbardziej dramatycznych) epizodów konkwisty, zaowocował nie tylko obłowieniem się hiszpańskich zdobywców w bajeczne wręcz skarby, ale też napływem na obszary andyjskie kolejnych fal żądnych złota awanturników. Przy czym nie obyło się bez tubylczych insurekcji (m.in. nieudane oblężenie Cuzco z roku 1536) oraz konfliktów wśród konkwistadorów. Wojna domowa pomiędzy zwolennikami rodziny Pizarro, a ich niedawnego wspólnika Diego de Almagro (z lat 1537-1538) oraz niesubordynacja namiestnika Quito Sebastiana de Belalcázara wykazały konieczność wygaszenia piętrzących się niesnasek poprzez dalszą eksploracje interioru. Tą właśnie drogą pozbywano się najbardziej kłopotliwego elementu wśród regularnie napływających kolonistów.
Jedna z okazji ku temu zaistniała wraz z coraz liczniejszymi pogłoskami o tzw. kraju cynamonu. Owa wieść przekazywana zarówno przez krajowców jak i niektórych konkwistadorów, którzy mieli okazje przedostać się i powrócić z obszarów usytuowanych na wschód od Andów (byli to przede wszystkim uczestnicy trzech krótkich wypraw rozpoznawczych pod dowództwem Gonzalo Díaza de Pineda) padła na wyjątkowo podatny grunt. Bowiem najmłodszy spośród braci Pizarro – krewki i chwilami nazbyt porywczy Gonzalo – wyznaczony na nowego gubernatora Quito, od dawna wypatrywał szansy na grabież co najmniej tak dochodową, co podbój władztwa Inków. „Miejsce gdzie rodzi się cynamon” wydawało się idealnym celem, jako że wyjątkowo cenna przyprawa osiągała w Europie zawrotne ceny. Sam zresztą Kolumb przedkładając iberyjskim monarchom projekt wyprawy do „Cipangu” i „Kraju Wielkiego Chana” podkreślał zamiar pozyskania m.in. cynamonu po znacznie bardziej atrakcyjnych cenach niż ten pozyskiwany z handlu lewantyńskiego.
Młodszy Pizarro musiał się jednak śpieszyć, bo chętnych do potencjalnego łupu nie brakowało. Stąd w lutym 1541 r. Gonzalo opuścił Quito i na czele kilkuset gotowych na wszystko śmiałków oraz ok. czterech tysięcy Indian rozpoczął żmudną peregrynacje, która jak to bywało w takich przypadkach, miała pochłonąć znaczną część jej uczestników. Stała się też okazją zarówno do czynów heroicznych jak i standardowych dla konkwisty okrucieństw wobec tubylczej ludności. Trudne warunki klimatyczne zdziesiątkowały uczestników wyprawy, a jej wódz niejednokrotnie dawał wyraz swemu zniecierpliwieniu. Zwłaszcza, gdy tak pożądane „drzewa cynamonowe” okazały się surowcem bez większej wartości. Rosły nielicznie, a przy tym na niełatwym pod względem dostępu terenie. Nade wszystko jednak napotkane rośliny nie były prawdziwym cynamonem. Kora odnalezionych drzew nie posiadała tak charakterystycznego dla tej przyprawy smaku i zapachu. Dlatego też Gonzalo Pizarro nie żywił złudzeń co do ewentualnej opłacalności ich eksploatacji i bez ogródek przedstawił stan faktyczny w raporcie dla hiszpańskiej korony.
Tym samym „kraj cynamonu” okazał się kolejną mrzonką wyrosłą na gruncie lokalnego folkloru i wygórowanych oczekiwań przybyszy. Choć nie da się ukryć, że podobnie jak w wyżej opisanych przypadkach wyprawa wielkorządcy Quito istotnie wpłynęła na poszerzenie zasięgu postrzegania geograficznego konkwistadorów, a przy okazji zwiększenia domeny podlegającej władcy z Madrytu. Warto nadmienić, że przyczyniła się do wytworzenia kolejnego mitu towarzyszącego odkrywaniu Nowego Świata. Tym razem z udziałem znanych z helleńskiej tradycji wojowniczych kobiet.
Wśród Amazonek
Jednym z ważniejszych uczestników wyprawy młodszego Pizarro był Francisco de Orellana, kolejny przedstawiciel zubożałej szlachty z Estremadury, któremu zamarzyło się szukać szczęścia po drugiej stronie Atlantyku. Przebieg jego służby zaimponowałby zapewne niejednemu konkwistadorowi. Uczestniczył on bowiem m.in. w zajęciu Cuzco, wyprawie na Quito, a jeszcze wcześniej wykazał się podczas konfrontacji z rodzimymi mieszkańcami Nikaragui. Przygoda jego życia wynikła jednak z udziału w wyprawie do „kraju cynamonu”, gdy pełniąc funkcję zastępcy Gonzalo Pizarro, wraz z niemal sześćdziesięcioosobowym oddziałem wyruszył w podróż nurtem jednego z dopływów Amazonki.
Według kronikarza wyprawy, księdza Gaspara de Carvajala, niemało problemów przysporzyły Hiszpanom wojownicze niewiasty opisane przezeń jako „(…) wysokiego wzrostu i białej skóry”. Co więcej w boju okazały się wyjątkowo niebezpieczne, a ich wpływ na Indian był na tyle znaczny, że w ich obecności żaden nie odważył się wycofać z miejsca starcia. „(…) Pod koniec bitwy okręty nasze podobne były do jeżów” – jak przyznawał wspomniany kapłan nie kryjąc podziwu wobec waleczności i siły miotających naręcza strzał kobiet. Od pochwyconych tubylców dowiedział się ponadto, że pochodzą one z głębi lądu, a wśród nich nie ma żadnych mężczyzn. Zaznajomiony z tradycją antyczną Carvajal z miejsca uznał groźne przeciwniczki za tożsame z opisanymi m.in. przez rzymskiego historiografa Flawiusza Arriana Amazonkami. Tym samym po raz kolejny dla zdefiniowania osobliwości Nowego Świata posłużono się – podobnie jak chociażby przekazów o źródle wiecznej młodości – wyobrażeniami zza Atlantyku. Nie był to zresztą pierwszy tego typu przypadek „spotkania III stopnia” z Amazonkami w dobie wielkich odkryć geograficznych. Wspominał bowiem o nich również Antonio de Pigaffeta, uczestnik pamiętnego rejsu Magellana, a także sam Kolumb. Z pewnością jednak rezonans konfrontacji oddziału Orellany okazał się najbardziej namacalny – chociażby ze względu na nazwę nadaną przez kolonistów największej rzece świata.
Inne mityczne krainy Nowego Świata: Trapalanda - lub też „Miasto Cezarów”; opływająca w bogactwa metropolia lokalizowana zwykle w południowych Andach na pograniczu współczesnego Chile i Argentyny. Założycielami miasta czyniono – zależnie od pochodzenia tradycji – inkaskich uciekinierów, rozbitków z wyprawy Magellana bądź też istoty o cechach nadnaturalnych. Prawdopodobnym źródłem tej tradycji były zniekształcone przekazy o Cuzco. Zakrywa to na swoistą ironię losu, bo konkwistadorzy wyruszali na poszukiwanie Trapalandy w dużej mierze właśnie z dawnej stolicy Inków… Srebrna Góra – Z pozoru kolejna wyolbrzymiona legenda w rzeczywistości przerosła wyobrażenie konkwistadorów. Odkryte ok. 1544 r. złoża srebra w Potosí (dzisiejsza południowa Boliwia) były tak zasobne, że wystarczyło ich na przeszło 150 lat wzmożonej eksploatacji. Za sprawą napływu tegoż kruszcu w Europie doszło do gwałtownej inflacji i tym samym - paradoksalnie - przyczyniając się do gospodarczego upadku Hiszpanii. Imperium Gujany – produkt mitotwórstwa angielskiego żeglarza Waltera Raleigha; wyidealizowany opis obszarów rozciągających się wzdłuż nurtu Orinoko. „Relacja” cieszyła się ogromną poczytnością doczekując się przy tym przekładów na kilka języków europejskich. W 1616 r. rzeczony zobowiązał się odnaleźć opisywane przezeń kopalnie złota. Bez rezultatu za co po powrocie do Anglii zapłacił własną głową. |
Przemysław Mazur
