Legenda Golema

Gremia naukowców w różnych częściach świata wciąż nie zaprzestaje dociekań na rzecz powołania do istnienia humanoidalnej, sztucznej inteligencji. Tymczasem okazuje się, że już na setki lat przed akademickimi sporami o kształtowanie mechanizmów na podobieństwo człowieka talmudyczni mistycy z powodzeniem (przynajmniej według legend) podjęli wysiłek na rzecz ukształtowania istot wzorowanych na człowieku. 
 
Dorównać Stwórcy?   
 
Nie minęło wiele czasu do chwili, gdy wielka katastrofa dziejowa jaką było zburzenie Jerozolimy przez rzymskich legionistów w roku 70 n.e. zmiotła doszczętnie znany z biblijnych ksiąg judaizm opierający się na świątynnym kulcie. W nie tak znowuż odległej miejscowości Jamni wywodzący się z sekty faryzeuszów rabin Johanen ben Zakkai (z oblężonego miasta wyniesiono go w… trumnie) rozpoczął proces formowania nowej religii bazującej na wspomnianej odmianie judaizmu. Tym samym narodził się judaizm rabiniczny, który, obok chrześcijaństwa, kontynuował starotestamentalne tradycje. Niebawem prym w tym nurcie wyznaniowym przejęła gmina babilońska i to właśnie pośród tamtejszych uczonych w piśmie, twórców Talmudu (spisanej tradycji interpretującej Torę) zrodził się zamysł który dał początek tradycji o powołaniu do istnienia Golema, swoistej imitacji boskiego kreacjonizmu.
 
Embrion czy „bezkształt”? 
 
Na kartach Pisma Świętego słowo „golem” pojawia się tylko raz: w Psalmie 139 (werset 16) dla oznaczenia embrionu. Niekiedy używano tegoż wyrazu dla określenia poronionego płodu, bądź też bezkształtnego tworu - rozpoczętego, lecz nie ukończonego. W jidysz termin „goylem” znaczy właśnie „bezkształtny”. Średniowieczni mistycy żydowscy odnosili ów wyraz do greckiego pojęcia „hyle” definiującego ogół bezkształtnej materii. Według niektórych interpretacji pierwszym Golemem był… biblijny Adam, nim jeszcze Jahwe tchnął w jego nozdrza ożywcze tchnienie życia (por. Księga Rodzaju 2, 7). 
 
Z kolei w świetle tradycji talmudycznej po raz pierwszy zastosowano ów termin wobec istoty powołanej do istnienia przez osobnika znanego jako Abba Ben Rav Hamma (w skrócie określany też jako Rava) majętnego kupca z usytuowanej nad Tygrysem Mehozy (żył w latach 299-353).  Ze względu na handlowe wpływy pozostawał w bliskich relacjach z władającą ówczesną Persją dynastią Sasanidów. Myliłby się jednak ten, kto przypuszczałby, że zainteresowania Ravy oscylowały wyłącznie ku sferom czysto finansowym. Bowiem w zaciszu domu rzeczony wgłębiał się w treść mistycznej księgi znanej jako „Sefer Yetzirah” („Księga Kształtowania”) zawierającej ezoteryczną wykładnie „mechaniki” stworzenia. Tradycja przypisuje jej autorstwo Abrahamowi, chociaż kabalistyczna wymowa tekstu wskazuje na znacznie późniejszy moment zaistnienia (prawdopodobnie w toku III i IV wieku n.e.). Z czasem w Ravie dojrzało pragnienie do podjęcia próby na rzecz powtórzenia stwórczego aktu posługując się kombinacją słów użytych przez Yahwe podczas kreacji Adama. Ów z punktu widzenia prawowiernego Żyda bluźnierczy zamysł (wszak tym samym Rava wkraczał w kompetencje zarezerwowane wyłącznie dla Stworzyciela) o dziwo jednak doczekał się realizacji. Tym samym Rava jako pierwszy miał wzbudzić do życia Golema, ulepionego z gliny (czyli „budulca” użytego przez Boga) humanoida, stanowiącego swoistą imitację ponoć najdoskonalszego z boskich stworzeń. Jednak jako istota wyzbyta inteligencji, woli oraz zdolności mowy ów stwór okazał się jedynie namiastką autentycznego, stwórczego aktu. 
 
 
Niestety Talmud milczy co do szczegółów „techniki” użytej przez Rave tworząc tym samym idealne wręcz podłoże do spekulacji dla wszelkich ciekawskich. W kolejnych wiekach od zaistnienia tej księgi utarło się, że w procesie „przebudzenia” wspomnianej istoty niezbędne jest użycie tzw. tetragrammatonu (czyli spółgłoskowego zapisu imienia Boga według tradycji jahwistycznej - YHWH) oraz hebrajskiego wyrazu „emet” oznaczającego „prawdę” (choć w licznych przekazach lokalnych dopuszczalne są również inne słowa jak chociażby „haddam” oznaczający po prostu człowieka). Spisany na pergaminie umieszczano w ustach istoty, bądź też przymocowywano na głowie w tzw. mezuzie (niewielkim pojemniku na zwitek z wybranym fragmentem Tory). Wzmiankowana jest również metoda wyrycia tegoż słowa bezpośrednio na czole stworzenia. W efekcie wytarcia, bądź też przekreślenia pierwszego znaku wspomnianego słowa, powstawał wyraz „met” czyli „śmierć”. To zaś było równoznaczne z całkowitym unicestwieniem Golema. 
 
 
Rava nie cieszył się zbyt długo efektem swych, co tu kryć, okultystycznych praktyk. Gdy zaznajomiony z Ravą rabbi Zera bez powodzenia usiłował uzyskać od Golema odpowiedź kim lub czym ów jest wspomniany cadyk uznał go za twór znacznie ustępujący człowiekowi, a tym samym nie mający podstaw do dalszej egzystencji. Stąd Zera nakazał mu obrócić się w proch, co też w chwile potem istotnie miało miejsce. Zdawałoby się, że na tym koniec ingerowania w boską sferę kreacji. Czas jednak pokazał, że niejeden mędrzec żydowski pokusił się o powtórzenie „eksperymentu” Ravy. 
 
Mistyk z Nawarry
 
Niniejszy przekaz mezopotamskich talmudystów okazał się na tyle nośny, że doczekał się przynajmniej kilku późniejszych „odmian” na gruncie europejskim. Za swoistą „legendę-matkę” zwykło się uważać pochodzący przekaz o rabbim Abrahamie Ibn Esrze żyjącym w XII wieku na terenie Tudeli podlegającej władcom ówczesnego Królestwa Nawarry (współczesna północno-wschodnia Hiszpania). Po dziś dzień cieszy się on estymą biegłego zarówno w gramatyce (przypisywane są mu m.in. traktaty „Zahot” i „Moznayim”), filozofii jak i astronomii. Jak przystało na wzorzec mędrca parał się również interpretowaniem zapisu Tory nie unikając przy tym opinii mistyka. Bez względu na zasadność tezy o jego ezoterycznym zacięciu wobec świętych tekstów, to właśnie z osobą tegoż uczonego wiąże się prawdopodobnie najstarsza średniowieczna legenda o powołaniu do życia Golema. Wspomniany rabbi miał dokonać tegoż niezwykłego czynu za sprawą kombinacji znaków z imienia Boga, którego zgodnie ze swą z dawna utartą tradycją Żydzi starali się nie wymawiać.  
 
 
Ibn Esra zdecydował się jednak na ów ryzykowny czyn. Podobnie jak w przypadku kreatury Ravy także i tu sytuacja uległa powtórzeniu. W chwili istota nie odpowiedziała na wezwanie (czego, jako nie posiadająca tzw. neszama czyli „duszy rozumiejącej”, uczynić najzwyczajniej nie mogła) mędrzec nakazał jej obrócić się w proch. Twórcy tej wersji talmudycznej legendy nie tylko dali wyraz swej jednoznacznie negatywnej ocenie podobnych praktyk magicznych (i zapewne taka właśnie dydaktyzująca wymowa tegoż przekazu leżała im przede wszystkim na sercu), ale też przyczynili się do popularyzacji motywu Golema, który jako niewątpliwie atrakcyjny z punktu widzenia wielbicieli niezwykłych opowieści prędko zaczął żyć własnym życiem, m.in. w księstwach Rzeszy Niemieckiej doby XIV i XV wieku. A to już prosta droga do późniejszego o zaledwie stulecie przekazu o rabbim Eliaszu z Chełma. 
 
„Pan Dobrego Imienia” 
 
Wspomniany gród miał to szczęście, że korzystnie usytuowany na szlaku pomiędzy domenami potomków Jarosława Mądrego (a pośrednio także Bizancjum), księstwami Piastów, oraz obszarami podległymi bałtyjskim plemionom przyciągał licznych kupców chętnych do ubijania w tym miejscu korzystnych interesów. Wśród nich nie mogło również zabraknąć przedstawicieli ludności żydowskiej biegłej w tego typu przedsięwzięciach. Wraz z zainicjowaną przez Kazimierza Wielkiego ekspansją na wschód (w latach 1340-1349) Ruś Halicko-Włodzimierska (a wraz z nią również Chełm) znalazły się w granicach Królestwa Polskiego z czasem przeobrażonego w Rzeczpospolitą Obojga Narodów. I chociaż miasto ustąpiło znaczeniem ośrodkom pokroju Lublina czy Przemyśla to jednak lokalny kahał miał się tam całkiem nieźle. I to właśnie tam u schyłku XVI wieku miał pomieszkiwać cieszący się sławą wnikliwego kabalisty Eliasz za sprawą licznie kojarzonych z nim cudownych uzdrowień zwany mianem Baal Szema (czyli „Panem Dobrego Imienia”). Wszelkie jego zasługi na polu wspierania modlitwą i dobrą radą zbladły jednak w obliczu czynu zaskakująco zbieżnego z wspominanymi praktykami Ravy i Ibn Esry. Bowiem podobnie jak wspomniani, również rzeczony podjął się „przebudzenia” Golema, w nadziei, że ten stanie się dlań pomocnikiem w znacznie bardziej trywialnych czynnościach niż studium Tory. 
 
 
Pomimo niespożytej siły ów twór przysporzył mu jednak głównie problemów. I chociaż skwapliwie wypełniał polecenia swego stwórcy, to jednak brak rozumu sprawiał, że ich efekty były, delikatnie rzecz ujmując, opłakane. Miast uzupełnienia zapasu wody w izbie rabina bezmyślny automat (bo tak wypadałoby najtrafniej określić Golema) zafundował mu autentyczną powódź wylewając wodę wprost na podłogę. Podobnie przy okazji wyrębu drewna na opał pozostawiony samemu sobie niesforny „pomocnik” spustoszył niemal cały pobliski las nim przerażony kabalista zdążył nakazać zaprzestania mu tej czynności. Gorliwie wypełniający zalecenia prawa mojżeszowego Eliasz odczekał do zakończenia szabasu, po czym usunął z otworu w czole stworzonej przezeń istoty pergamin za zapisanym nań słowem „emet” kładąc tym samym kres jej istnieniu. Na tym jednak nie koniec zjawiskowego „tranzytu” tej prawdopodobnie najsłynniejszej z żydowskich legend. 
 
 
Obrońca praskiego getta 
 
Zanim jednak narodziła się najsłynniejsza wersja legendy o Golemie musiały upłynąć niemal dwa kolejne stulecia, gdy kolejne „mutacje” niniejszej tradycji żyły własnym życiem. Pomiędzy rokiem 1890, a 1905 swego spisania doczekała się jej kanoniczna wręcz wersja, tym razem traktująca o praskim rabinie Loewie Judzie ben Bezalelu (1525-1609) zwanym też Maharaelm. Ów przesycony mistycyzmem utwór (rzekomo liczący sobie przeszło trzysta lat) pióra Jűdla Rozeneberga, pierwotnie opublikowany w Piotrkowie Trybunalskim w roku 1909 przenosił czytelników w schyłkowe lata wieku XVI, czyli mniej więcej współcześnie do czasów znanego już nam Eliasza. Swoją drogą Loewe był wnukiem rabina Salomo Lurii wywodzącego się z Lublina, nie tak znowuż odległego od wzmiankowanego Chełma. Ta okoliczność na swój sposób wskazuje nam literacki „trop” jakim podążyła  ta opowieść. 
 
To, co rzuca się w oczy przy zestawieniu kolejnych przekazów traktujących o Golemie to z miejsca widoczne narastanie dramatyzmu. O ile w przypadku Ravy mamy do czynienia z czymś na kształt mistycznego „eksperymentu”, Ibn Esra stanowi przykład dojrzalej autorefleksji, a przypadek Eliasza z Chełma nie wyzbyty jest pewnej dozy sytuacyjnego humoru (rzecz jasna stosownym do czasu zaistnienia tej legendy), o tyle przekaz dotyczący praskiego cadyka nosi już silne znamiona fabuł „z dreszczykiem”, które dały asumpt do zaistnienia nurtów literackich zwanych gotycyzmem oraz frenetyzmem. Bowiem główna przyczyną zaistnienia tej inkarnacji Golema było pogłębiające się poczucie zagrożenia mieszkańców praskiego getta w skutek niepokojąco nasilających się pogromów. Przedstawiciele lokalnego kahału zwrócili się o wsparcie do słynącego z mądrości i ogromu wiedzy rabina zaznajomionego nie tylko z talmudyczną egzegezą, ale też niuansami wiedzy tajemnej. Ten zaś, o sposób rozwiązania zaistniałego problemu, poprosił samego Boga. 
 
 
Odpowiedź dotarła doń niczym do biblijnego Józefa – w postaci snu w myśl którego jedynie Golem mógł zapewnić stosowną ochronę przed antysemickimi zapędami prażan. Nie tracąc cennego czasu rabbi prędko przystąpił do czynu uzyskując przy tym wsparcie szwagra i jednego spośród grona swych najzdolniejszych uczniów. Było to konieczne z tego względu, że pierwszy z nich urodził się pod znakiem podlegającym żywiołowi ognia; uczeń zaś – wody. Z kolei Loewe utożsamiał się z żywiołem powietrza. Dopełniającym tę jak widać niezbędną kombinację „czwartym elementem” (związanym z ziemią) był sam Golem. Rytuał „przebudzenia” glinianego człowieka odbył się u brzegów Wełtawy. Cadyk wyrył w rzecznym mule sylwetkę postaci, po czym wraz z pomocnikami siedmiokrotnie okrążył ów zarys recytując równocześnie formuły z traktatów ezoterycznych. Wraz z kolejnymi sentencjami postać stopniowo nabierała coraz wyraźniejszych, antropomorficznych kształtów oraz barwy wypalonej gliny. Loewe siedmiokrotne ponowił okrążenie, wypowiadając tym razem fragmenty z Księgi Rodzaju. W finale przytoczył opis z drugiego rozdziału tegoż tekstu dopełniając tym samym całości rytuału. W chwili, gdy rabbi wypowiadał ostatnie słowa Golem po raz kolejny przebudził się do życia. 
 
 
Początkowo specyficzny sługa praskiego rabina wypełniał powierzone mu zadania wręcz wzorcowo wyręczając go przy okazji uciążliwych robót fizycznych. Niejeden łasy na żydowskie mienie uczestnik pogromu poczuł na sobie twardą rękę tej groźnej, acz niezwykłej istoty. Niestety do czasu… Bezmyślny stwór wpadł w szał i rychło sam zaczął dewastować zabudowania dzielnicy, nie szczędząc przy tym jej mieszkańców. Inna wersja „buntu” jest nieco bardziej prozaiczna. Bowiem według niej natłok obowiązków sprawił, że pewnego dnia dostojny rebe najzwyczajniej zapomniał usunąć odpowiedzialny za „motorykę” Golema pergamin z napisem „emet”, tak jak zwykł to czynić każdej nocy. Na konsekwencje tegoż niedopatrzenia nie trzeba było długo czekać. Loewe zdołał jednak dostać się w pobliże swej kreatury usuwając z niej ów zwitek. Myliłby się jednak ten, kto przypuszczał, że wraz z destrukcją praskiego Golema legenda dobiegła końca, bo jak powszechnie wiadomo czeska stolica wciąż czerpie profity z jej popularności. Każdego roku tamtejszą kryptę synagogalną ze znajdującą się tam rzeźbą sztucznego człowieka odwiedza setki tysięcy turystów z całego świata. O Eliaszu z Chełma pamiętają niestety jedynie nieliczni…
 
 
Golem wiecznie żywy?
 
Motyw Golema okazał się na tyle nośny, że wraz z uformowaniem zaczątków kultury popularnej rychło znalazła się w jej ramach stosowna dlań nisza. O ile wymykającą się jednoznacznej interpretacji powieść (zatytułowaną po prostu… „Golem”) pióra Gustava Meyrinka wypada uznać za arcydzieło światowej literatury (swoich sił w tym temacie próbował również noblista, Isaak Bashevis Singer), o tyle jako jej odpowiednik w kinematografii zwykło się w wskazywać niemy film zrealizowany przez niemiecką wytwórnię UFA w roku 1920. Niniejsza produkcja, oparta na legendzie o rabinie Loewe, zrealizowana w manierze jedynego w swoim rodzaju ekspresjonizmu niemieckiego, również cieszy się statusem niekwestionowanego klasyka. Ponura, duszna atmosfera praskiego getta, poczucie permanentnego zagrożenia, przekonująca scenografia, a nade wszystko znakomita kreacja Paula Wegenera uczyniły zeń arcydzieło światowego kina. Nie był to zresztą pierwszy raz, gdy ów wybitny aktor (wsławiony m.in. rolą w „Studencie z Pragi”) wcielał się w postać tworu żydowskiego mistyka. Bowiem Wegener miał ku temu okazję już w roku 1915 oraz ponownie dwa lata później (zachowały się jedynie nieliczne fragmenty).  
 
 
Golem nie miał tyle szczęścia w kinematografii, co chociażby wielokroć adaptowany do potrzeb horroru książę wołoski Vlad III Tepes (bardziej znany jako Drakula). Niemniej biorąc pod uwagę silne znamiona wpływu legendy Golema na kanoniczną powieść autorstwa Mary Shelley „Frankenstein albo współczesny Prometeusz” możemy założyć, że pośrednio ów motyw w dalece zmodyfikowanej postaci znalazł również przejaw właśnie w najsłynniejszym dzielę wspomnianej pisarki. Przy znacznej dozie przychylności również wątek buntu maszyn z niezliczonych produkcji science-fiction (m.in. „2001: Odysei Kosmicznej” czy cyklu „Terminator”) wypada uznać za odległą pochodną wydobycia się tworu żydowskich rabinów spod wpływu ich magii. Tym samym Golem w kulturze popularnej pośrednio ma się wciąż całkiem nieźle, a i legenda dotycząca tej niezwykłej postaci podbija kolejne pokolenia wielbicieli zaczytujących się w niezwykłej powieści Meyrinka tudzież pasjonatach niemieckiego ekspresjonizmu. Trudno też nie dopatrzeć się w niniejszym podaniu odległych źródeł inspiracji dla współczesnej robotyki. A to jedynie potwierdza ponadczasowość opowieści o Golemie jako odwiecznego przejawu chęci dorównania Stwórcy, stanowiąc równocześnie przestrogę w myśl której: „(…) prawdziwego cudu stworzenia sam Bóg tylko dokonać potrafi”.[1]
 

Przemysław Mazur 

 

Tagi: